Adam Makowicz w Rybniku

Anonim (niezweryfikowany) śr., 01/10/2001 - 09:33

Okienko wielkiej kariery 

 

Czy gdyby Chopin dzisiaj żył, grałby swoje utwory trochę nonszalancko, w swingującym rytmie i cicho podśpiewując pod nosem? Tak jak Adam Makowicz? Niewykluczone, mówią muzycy, przecież Chopin był po prostu genialnym improwizatorem. Jak Makowicz.

Pianista, który na stałe mieszka w Stanach Zjednoczonych, przyjechał do Rybnika, by wystąpić na koncercie, z którego cały dochód zostanie przeznaczony na remont nowego budynku dla szkoły muzycznej. 

 

- Dałem się namówić, bo muzycy powinni uczyć się w komfortowych warunkach. A nie w szkole, w której ściany pokryte są grzybem. Najlepiej poznałem świetlicę. 

 

Gdy wyjeżdżał z Rybnika do Katowic, miał kilkanaście lat. Była połowa lat 50. W mieście została po nim sława wyjątkowo zdolnego ucznia i... rozpuszczonego smarkacza. Nie chciał ćwiczyć etiud, wolał zakazany owoc, czyli jazz.

 

- No, byłem niesforny - przyznaje. - Ze szkoły muzycznej pamiętam najlepiej świetlicę. Wolałem chodzić do niej niż na zajęcia. W świetlicy nikt nie zadawał mi trudnych pytań. Graliśmy w karty i opowiadaliśmy dowcipy.

 

Z przyjemnością Makowicz chodził jedynie na lekcje fortepianu. Prowadził je Karol Szafranek - nobliwy, surowy, starszy pan. To on wraz z bratem Antonim, skrzypkiem, założył rybnicką szkołę muzyczną. - Szafranek studiował w Berlinie. Tam nauczył się radzenia sobie z trudnościami technicznymi gry na fortepianie. Ja nauczałem się tego od niego. Dziś Makowicz jest uważany za wirtuoza fortepianu, jednego z najszybszych pianistów świata. Na pytanie, gdzie nauczył się tak szybko grać, odpowiada: 

- W Rybniku u Szafranka. Wywalczymy te pieniądze.

 

W szkole Szafranków uczyło się kilkoro innych świetnych muzyków: Lidia Grychtołówna, Piotr Paleczny, Henryk Mikołaj Górecki. Absolwentami szkoły są też ludzie, którzy w dorosłym życiu zajęli się zupełnie czymś innym: m.in. literat Tadeusz Kijonka i Jan Olbrycht, socjolog, marszałek województwa Śląskiego. Olbrychta gry na fortepianie uczyła żona Karola Szafranka: 

 

- Czasami wysyłała mnie do męża, by posłuchał jak gram. Szafranek to był charyzmatyczny nauczyciel. Chyba myśleli, że będzie ze mnie pianista. Pewnie ich zawiodłem - mówi Olbrycht.

 

Ostatnim uczniem Szafranka był Norbert Prudel - absolwent Akademii Muzycznej w Katowicach, dentysta, prezes Towarzystwa Muzycznego Braci Szafranków. Po co koncert dla szkoły? 

 

- Musimy zjednoczyć siły, by zdobyć pieniądze na remont. Im głośniej będzie o szkole, tym lepiej. W przyszłym roku zorganizujemy dla niej kolejne cztery koncerty - zapowiada Prudel.

 

Na Śląsku nie ma drugiej tak ciasnej i zagrzybionej szkoły muzycznej. O nowej mówi się od kilkudziesięciu lat. Dwa lata temu miasto wymyśliło, że szkoła zostanie przeniesiona do budynków byłego szpitala przy ulicy Powstańców Śląskich. Budynek jest obszerny i byłby pewnie wymarzonym miejscem nauki, tyle ż3e wymaga remontu. Jego koszty są ogromne: 10 milionów złotych. Dwa miliony da miasto, kolejne osiem urzędnicy chcą wywalczyć z budżetu państwa. W styczniu będzie już wiadomo, ile pieniędzy Rybnik dostanie na remont w 2001 roku.

 

- Jeśli ruszymy z remontem teraz, za półtora roku szkoła będzie gotowa - mówi wiceprezydent Rybnika Jerzy Frelich. Projekt adaptacji jest imponujący. Jeśli uda się go zrealizować, w Rybniku powstanie muzyczna szkoła podstawowa i liceum, w budynku będzie miejsce m.in. na dwie sale koncertowe. Tak się to robi w Ameryce.

 

Podczas sobotniego koncertu Makowicz sam zagrał cztery preludia Chopina. Brzmiały jak jazzowe improwizacje w amerykańskim klubie na Manhattanie. Makowicz - w klasycznym fraku, białej koszuli i z rozwianymi włosami - czuł się na estradzie, jak w domu - rozmawiał z publicznością, rzucał dowcipami. Podczas wykonania swego popisowego numeru, czyli "Błękitnej rapsodii" George'a Gershwina, towarzyszyła mu wskrzeszona przed rokiem orkiestra Filharmonii Rybnickiej. Dyrygował Mirosław Jacek Błaszczyk - równie emocjonalny i perfekcyjny jak Makowicz. Podczas "West Side Story" Leonarda i "Siedmiu wspaniałych" Elmera Bernsteinów dostojni muzycy orkiestry (w dużej części grający w Filharmonii Śląskiej) bawili się jak niesforni uczestnicy kinderbalu. Nastrój swawoli i żartów szybko przeniósł‚ się na widownię. Koncert, który zapowiadał się jako spotkanie smutnych ludzi w wieczorowych strojach, zakończył się radosną, muzyczną zabawę.

 

Była też uczta. Podczas bankietu sprzedawano cegiełki na remont szkoły. Przy czerwonym wytrawnym winie i przekąskach goście wspominali młodość w szkole muzycznej, surowych nauczycieli.

 

- Byli znakomici, ale wymagający. To była szkoła niesfornych uczniów, którzy się zbuntowali przeciwko dyscyplinie. Największą karierę zrobili ci, którzy uciekali z lekcji przez okienko w świetlicy - mówiono.

 

Marcin jest absolwentem szkoły, studiuje już na akademii. - W nowej szkole także musi być takie okienko. No, bo którędy uczniowie będą uciekać?

 

Aleksandra Klich

Gazeta w Katowicach

04.12.2000